Ostatnimi czasy Google ma poważne problemy. Z kilku stron naraz firma ta jest atakowana przez ludzi, którzy nie potrafią czytać instrukcji obsługi.
Jakiś czas temu Google uruchomiło Street View. Jest to kolekcja dookólnych zdjęć ulic, które mogą być użyte do obejrzenia trasy przejazdu, lub zwyczajnego zobaczenia jak świat wygląda np. w USA. Nie tak dawno dodano do tej usługi funkcję oznaczania obecności sieci bezprzewodowych, co ułatwia lokalizację hot-spotów (publicznych punktów dostępowych sieci bezprzewodowych), z informacjami takimi jak nazwa sieci (SSID) i adres MAC urządzenia aktywnego (tzw. access point). Dzięki temu, będąc w zasięgu takiej sieci, możemy skonfigurować swojego laptopa, telefon komórkowy czy dowolne urządzenie WiFi do połączenia z danym punktem i korzystania z dostępu do Internetu. W krajach rozwiniętych (do których Polska wciąż się nie zalicza pod względem informatyzacji) takich publicznych hot-spotów jest bardzo dużo, a większość z nich jest całkowicie darmowa, aczkolwiek z limitem pasma jakie możemy zużyć.
Jak się okazuje, był to pomysł chybiony, gdyż na świecie istnieje masa użytkowników o jednocyfrowym IQ, którzy nie czytają dokumentacji jaka przychodzi wraz z ruterami i punktami dostępowymi WiFi, które zakupili. Wszystkie instrukcje obsługi wyraźnie zaznaczają, że aby zapewnić sobie prywatność danych przesyłanych w sieci WiFi, należy uaktywnić conajmniej szyfrowanie WEP. Bez tego cały ruch, wszystkie pakiety jakie przepływają przez domową sieć bezprzewodową nie będą żadną tajemnicą dla nikogo w zasięgu, kto posiada swój własny access point lub kartę WiFi. Zrozumienie tego nie wymaga doktoratu z matematyki, ani ponadprzeciętnych zdolności manualnych. Wystarczy tylko i wyłącznie umiejętność czytania ze zrozumieniem oraz nie tak znowu cudowny dar rozpoznawania tego, co jest na obrazkach i powiązania ich z obrazkami wyświetlanymi na monitorze (aby skonfigurować szyfrowanie).
W celu sprawdzenia przepustowości czy innych parametrów, wozy Google zbierające informacje o publicznych punktach dostępowych pobierały pewną porcję danych z sieci WiFi i je archiwizowały. Były to drobne cząstki przesyłanych danych, ale znalazły się wśród nich hasła oraz fragmenty wiadomości email. Informacje o tym tak wzburzyły ćwierćinteligentów, których instrukcje obsługi parzą w ręce, że oskarżyli Google o naruszenie prywatności. Podkreślę to jeszcze raz - osoby, które przez swoje niedbalstwo i/lub lenistwo upubliczniły swoje dane prywatne, oskarżają Google o to, że zebrał niewielką ich część. Czy tylko ja tu widzę gigantyczny, migający na czerwono neon z napisem GŁUPOTA?
Wyjaśnijmy coś. Jeśli stawiamy w domu sieć WiFi, nie zabezpieczoną w najmniejszym stopniu, to jest to jak prowadzenie prywatnych rozmów przez CB-radio - każdy w okolicy, posiadający podobne urządzenie będzie w stanie podsłuchać, a nawet włączyć się do tych rozmów. Nie można stwierdzić, że skoro "to jest moja sieć WiFi", to nikt nie będzie się do niej podłączał, bo niby skąd ktoś ma wiedzieć, że to jest czyjeś prywatne poletko, a nie darmowy, publiczny punkt dostępowy?
Niektórzy próbują się usprawiedliwiać niewiedzą. "Skąd ja mam to wiedzieć? Przecież nie jestem informatykiem!". Tłumaczenie to jest totalną bzdurą. Skoro ja nie znam się na medycynie, nie przeprowadzam na sobie (ani na nikim innym) operacji wycięcia wyrostka. Jeśli potrzebuję takiego zabiegu, idę do specjalisty. Identycznie jest z technologiami informatycznymi - jeśli nie znamy się na konfigurowaniu sieci bezprzewodowych, to nie dłubiemy w tym własnoręcznie, lecz zwracamy się do specjalisty. Na nim ciąży obowiązek ustawienia odpowiednich zabezpieczeń. Jeśli sami stawiamy WiFi, to nie możemy mieć pretensji do kogoś o to, że skorzystał z czegoś, na co mu zezwoliliśmy.
Żyjemy w czasach, w których każdemu wydaje się, że zna się na sieciach komputerowych. No bo przecież wystarczy do rutera podpiąć dwa kabelki (nie trzeba zaglądać do instrukcji, bo wtyczki odpowiadają gniazdkom) i gotowe. Laptop w magiczny sposób "widzi" Internet i można być z siebie dumnym. Źle! To, że coś można zrobić łatwo, nie znaczy że robimy to dobrze. Ale zawsze najłatwiej winę za swoje lenistwo/głupotę zrzucić na innych.
Google chciało dobrze i teraz za to im się dostaje. Aż żal patrzeć kiedy kolejny krok w rozwoju informatyzacji musi być cofnięty, bo "informatyczni geniusze" wysyłają makulaturę do sądów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga. Komentarze są moderowane i mogą nie pojawić się natychmiast po utworzeniu. Autor niniejszego bloga zastrzega sobie prawo do niedopuszczenia komentarzy będących SPAMem i/lub nie odnoszących się do komentowanego wpisu i/lub łamiących zasady kulturalnej wymiany opinii.