czwartek, 20 maja 2010

Warszawskie imprezy

Warszawa, godzina 21:00. Ulice pełne ludzi, młodych i tych nieco starszych. Rodziny z dziećmi, kochankowie tulący się na przystankach, grupki studentów powoli przechadzających się ciepłym wieczorem. Cóż takiego mogło wygonić warszawiaków na zewnątrz ich domów? Wielkie Przedstawienie.

Mieszkańcy Warszawy są wielkimi kinomanami. Kiedy tylko przychodzi wieczór stołeczne ulice pustoszeją, a warszawiacy zasiadają przed telewizorami aby obejrzeć kolejny miałki film, w którym Steven Seagal pięściami swemi świat od zagłady ratuje. Widok tłumów po godzinie 20:00 jest zatem niepojętym odchyleniem od normy, zwiastującym iż "coś jest na rzeczy".

Zapchane autobusy, pełne tramwaje. Czyżby warszawiacy odkryli uroki ciepłych wieczorów? Szybki, aczkolwiek dość ciasny dojazd do mostów i wszystko stało się jasne. Warszawa porzuciła rozrywkę z gwiazdami klasy B w filmach klasy C na rzecz innej - pokazu pływania synchronicznego konarów drzew. Widownią są mosty, na całej długości obstawione przez fotografów-amatorów i ludzi, którzy stoją tam nie wiadomo po co, wpatrując się w Wielką Wodę jakby miało to spowodować, że ta się zawstydzi i sobie pójdzie. Przedstawieniu pod tytułem "Nieco-wyższy-niż-zazwyczaj poziom wody" towarzyszy spektakl "Układanie worków w strukturę przypominającą mur", który aż prosi się o interakcję z widzami. Widzowie jednak wolą stać i obserwować. A nóż-widelec wydarzy się coś ciekawego, np. jakiś worek się rozpruje, a piach niczym posoka pokryje bruk, albo pojawi się Steven Seagal, który pięściami swemi rzekę do ładu doprowadzi, obijając nieco kilku strażaków dla zasady.

Mniejsi i więksi organizatorzy imprez wszelakich prześcigają się w pomysłach na koncerty, wystawy, noce muzeów i happeningi. Narzekają na niską frekwencję i ogólny brak zainteresowania. Jak się okazuje, imprezy trafiające w gusta mieszkańców stolicy potrafi organizować tylko natura. I telewizja pokazująca Stevena Seagala.

Woda się podnosi, strażacy "strażą", a gapie się gapią. Smutne, że potrzeba kataklizmu by Warszawa odżyła w godzinach wieczornych.

Długo nie pisałem na blogu, co większość pewnie uznała za jego porzucenie. Wciąż żyję, w głowie gnieżdżą mi się tematy, które chętnie przelałbym na wirtualny papier i nadal pamiętam jaki jest adres do mojego bloga. Powód dłuższej ciszy jest prozaiczny - brak czasu. Postanowiłem jednak przeorganizować nieco swój czas i uwzględnić w nowych planach zrzędzenie on-line.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga. Komentarze są moderowane i mogą nie pojawić się natychmiast po utworzeniu. Autor niniejszego bloga zastrzega sobie prawo do niedopuszczenia komentarzy będących SPAMem i/lub nie odnoszących się do komentowanego wpisu i/lub łamiących zasady kulturalnej wymiany opinii.